Przed
wami kolejny rozdział opowieści o dwóch dziewczynach, z różnych
,,światów''. Nie przedłużając zapraszamy do czytania.
Czas
na Dożynki
*
perspektywa Kali*
Z
mojego domu do Pałacu Sprawiedliwości jest dziesięć minut. Ludzie
już zaczęli się schodzić. Dożynki to najsmutniejszy dzień w
całym roku. Każdy rodzic zdaje sobie sprawę, że być może po raz
ostatni widzi ukochane dziecko. Razem z Gisele poszłyśmy się
zapisać. Anghel przeszedł do miejsca wyznaczonego dla rodzin. Po
załatwieniu wszystkich formalności, podeszłyśmy bliżej Pałacu
Sprawiedliwości. Całe dożynki dla mnie są jakimś
przereklamowanym spektaklem. Po co komu te Igrzyska? Głodować i
umierać mogę w moim własnym dystrykcie. Co prawda sytuacja
materialna Dystryktu 5 nie jest aż taka zła, ale zawsze mogłoby
być lepiej. Wyszedł burmistrz, powitał wszystkich i wygłosił
swoją nudną przemowę. Merwyn Karigann, opiekunka naszego dystryktu
zaczęła grać swoją role. Była ubrana w różnokolorową,
geometryczną sukienkę do kolan. Blond włosy miała zaplecione w
warkoczyki, z których został ułożony jakiś wzór geometryczny na
jej głowie. Wyglądała dziwacznie przy zwykłych obywatelach.
Nadszedł czas na wylosowanie dziewczyny. Merwyn zanurzyła rękę w
puli z imionami dziewcząt. Wyciągnęła karteczkę, uśmiechnęła
się i podeszła do mikrofonu.
-Dziewczyną
reprezentującą Dystrykt 5 będzie... Kalianna Jones !
Jak
to jest możliwe? To nie ma prawa się zdarzyć. Co ja teraz zrobię?
Spojrzałam
na Gisele. Próbowałam zobaczyć jakieś uczucia, które mogłaby
okazywać. Gdy spojrzałam w jej szare oczy zobaczyłam obojętność.
Zadowolenie? Nie rozumiem. Nie miałam czasu na zastanowienie, szybko
weszłam po schodach i stanęłam koło Merwy. Skoro moje własne
rodzeństwo cieszy się, że prawdopodobnie umrę, niech tak będzie.
Merwyn podeszła do puli z imionami chłopaków. Wyjęła karteczkę
i podeszła do mikrofonu.
-Chłopakiem
reprezentującym Dystrykt 5 będzie... Nathan Green.
Co?
Dlaczego on? On był ostatnią osobą, która powinna tu stać.
Bawiłam się z nim jak byliśmy dziećmi. Nathan szybciej stanął
koło Merwyn. Burmistrz podziękował za przybycie i Strażnicy
Pokoju wprowadzili nas do Pałacu Sprawiedliwości. Mieliśmy pięć
minut, żeby pożegnać się z rodziną. Do mnie oczywiście nikt nie
przyszedł. Po co? Skoro Anghel i Gisele pozbyli się problemu, to
dlaczego mieliby zaprzątać sobie mną głowę? Przez te pięć
minut siedziałam na kanapie i palcami rozczesywałam poplątane
włosy. Czekałam, aż przyjdą po mnie Strażnicy Pokoju i
odprowadzą mnie do pociągu. Chciałam być jak najdalej stąd. Ja
już nie mam rodziny. Strażnicy Pokoju kazali mi iść do pociągu.
Tak
właśnie rozpoczyna się moja ostatnia przygoda.
*Perspektywa
Altin*
Idąc
w stronę Pałacu Sprawiedliwości, trzeba przejść przez niewielki
park, a następnie wąską uliczką w prawo. Kiedy tam dotarliśmy,
mama stanęła obok w miejscu wyznaczonym dla rodziny. Natomiast ja
ustawiłam się w długiej kolejce do zapisów.
Minęła
chwila kiedy przyszła pora na mnie. Po podaniu wszystkich danych i
wypełnieniu dokumentów, ustawiłam się w ostatnim rzędzie. Był
to rząd dziewcząt ustawionych rocznikami i zwróconym w stronę
Pałacu. Budynek jest wysoki, w białym kolorze. Ozdobiony wszelkim
bogactwem. Na pierwszy rzut oka,widać jak bardzo jesteśmy bogaci.
Na podium pojawił się burmistrz i w tym momencie wszystkie głosy
ucichły. Wygłosił długą i niezrozumiałą przemowę, której i
tak nikt nie słuchał. U jego boku pojawiła się Bella Silver. Ta
kobieta to było coś. Jako, że jest opiekunką Dystryktu 1 musiała
udawać miłą. Ale czy naprawdę taka jest? Nie wiadomo. Przez
czarną suknię, jak na pogrzeb i blond szopę kręconych włosów,
nie wyglądała na przyjazną.
-Jako,
że co roku mamy sporo chętnych - zaczęła - wylosujemy. Zacznijmy
od dziewcząt. Pierwszą uczestniczką 88 Głodowych Igrzysk zostaje
- krzyknęła do mikrofonu i włożyła rękę do szklanej kuli.
Wyciągnęła małą karteczkę. Nie ja. Tylko nie ja. Chociaż jak
będę miała walczyć, zrobię to. Postanowiła i usłyszałam:
-Altin
Laroux, chodź do nas - rozeszło się echem.
Niepewnie
wystąpiłam z tłumu i ruszyłam po białym dywanie. Stanęłam na
podium z lewej strony Belli i spuściłam wzrok na swoje buty. Byłam
przerażona tym, że w jednej chwili chciałam uczestniczyć,
natomiast z drugiej nie. To co działo się później do mnie nie
docierało. Ocknęłam się w momencie, gdy usłyszałam słowa:
-,,Peeter Dean''. Co? Przecież to mój najlepszy przyjaciel.
Widziałam jak wchodzi na podwyższenie i wtedy myślałam, że to
sen. My sobie nie poradzimy, a nawet jak któreś z nas sobie poradzi
to drugie będzie musiało zginąć. Jak nie ja to on... Byłam
załamana.
Po
chwili już znajdowaliśmy się w Pałacu Sprawiedliwości. Peeter
milczał. Oboje nie chcieliśmy brać udziału w Igrzyskach, ale jak
zawsze los pokrzyżował nam plany. W drzwiach pojawiła się moja
mama. Do Peetera przyszedł ojciec.
-Tato
byłby z ciebie dumny. Tak jak ja teraz - szepnęła i dodała - dasz
rade. Kocham cię. Nie zdążyła powiedzieć już nic więcej, gdyż
staże na to nie pozwolili.
Z
Peeterem przyjaźnimy się od małego, a teraz w obliczu śmierci nie
potrafimy nawet na siebie spojrzeć. Po chwili przyszli po nas
Strażnicy Pokoju i odprowadzili do pociągu.
Właśnie
rozpoczynam nowy rozdział w życiu.
Kolejny
rozdział miejmy nadzieję, że jeszcze w kwietniu. Pamiętajcie, że
każdy komentarz motywuje nas do działania i szybszego wstawienia
dalszej części opowiadania o naszych bohaterach. Pozdrawiamy Julka
i Pati.

Oby tak dalej. Pomyślcie nad dodatkami do bloga
OdpowiedzUsuńhttp://book-timesjt.blogspot.com
Ciekawe opowiadanie :)
OdpowiedzUsuńJeśli klikniesz w każdy link z ostatniego postu- odwdzięczę się obserwacją na twoim blogu. Proszę o napisanie o kliknięciach w komentarzu pod postem.(post-KLIK KLIK)
Hejka =)
OdpowiedzUsuńPowiem wam tylko tyle ,że mnie nie zaskoczyłyście.
Ale ładne opowiadanie.
Jadę dalej.
Paa <3